środa, 14 marca 2012

Któż to ja?

Dziś kolejny raz był ten czas zamyślenia się nad własną osobą, nad tym kim jestem. Szczerze powiedziawszy bardzo nie lubię tego pytania, niby proste a jednak niewygodne. Można by po prostu powiedzieć iż jestem dzieckiem Bożym, ale czy ta odpowiedź, te proste rozumowanie nam wystarcza? Idźmy więc dalej, tymże rozumowaniem. Jeśli jestem dzieckiem Bożym, tak więc powinnam podążać za Jezusem "Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje" (Mt 16,24). Mamy się zaprzeć samych siebie, czyli kogo mamy się zaprzeć? Tu się zamyka kółeczko, nie tędy droga. Chciałabym w pełni nieść swój krzyż, ale jest to nie możliwe tylko przeze mnie. Nie znam siebie, nie znam własnych słabości, a to przecież z nich wyrasta siła aby je nieś. Może to ten strach w zajrzenie w głąb siebie i ujrzenia tego co we mnie siedzi, to tak mnie przeraża iż wole to zostawić, założyć maskę i grać słabą rolę nikogo, bo kimże może być ktoś kogo nie ma? Łatwiej jest grać kogoś innego i ze strony własnej gdyż nawet może człowiek samego siebie oszukać i tkwić w wyobrażeniu, że jest ok, jak i ze strony innych ludzi, gdyż oni także oszukani myślą, że wszystko gra. Jedyną dobrą stroną jest to iż nikt nie zadaje pytań tylko po to by zaspokoić ciekawość ani nikt się nie martwi. Ale jest ktoś kogo nie oszukasz. Bóg zna nas najlepiej, bardziej się nie da. Co dziwne kocha nas z naszymi słabościami. Jeżeli On mnie kocha mimo tego co we mnie złego siedzi, to czemu ciągle gram? Czy ze względu na ludzi? Może trochę tak, ale raczej powód jest tam gdzie jest problem, we mnie. Moja ufność jest ogromnie mała, strach przed zajrzeniem w siebie wielgaśny. Może kiedyś uda mi się tego dokonać, może uda mi się przezwyciężyć lęk, wziąć poszarpane serce i z ufnością oddać lekarzowi, gdyż Chrystus wie najlepiej gdzie boli i jak wyleczyć. Chyba nie ma innej drogi do poznania siebie jak nie przez pomoc Boga.
Chce jeszcze poruszyć kwestie wiary, zaczynając od nawrócenia się. Co oznacza to owe nawrócenie się, nie, nie oznacza ono nagłą świętość i życie całkowicie bez grzechu. Oznacza ono zmianę myślenia, przyjęcie jakiegoś systemu wartości, zasad i dopiero owa zmiana myślenia ma nas prowadzić do świętości. Czasami upadek człowieka, niepowodzenie, czy też cierpienie powoduje iż człowiek stwierdza iż stracił wiarę. Ja też tak miałam. A tak serrio to po prostu gniewałam się na Boga, miałam żal, wolałam wmówić sobie iż nie wierze bo tak było by łatwiej. Mimo wielu prób, mimo wielu cierpień moja wiara ciągle się umacnia dzięki łasce Bożej. Mimo, że ją mam to i tak ciągle jej szukam. Ją trzeba ciągle na nowo okrywać. Może w różnych przypadkach było by mi łatwiej gdy bym umiała przyjąć dar od Boga. Lecz ja czy o jakiś dar proszę czy nie, tak czy siak dostaje go od kochającego Ojca. Ale cóż mi z tego jak go przyjąć nie potrafię? Pojawia się pytane, czemu nie potrafię? Bo? Bo co? No właśnie, znów próbuję sama, bez niczyjej pomocy, a gdzie pokora? Jak widzimy ciągle Bóg czuwa i nas uczy. Jesteśmy za słabi by działać w pojedynkę, ale wystarczy poprosić Boga a już nie będziemy sami, będzie nas czworo.

Przepraszam za błędy jakie kto odnajdzie. Czasami walka ze snem ma swoje ofiary ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz