poniedziałek, 27 lutego 2012

Egoizm

Bardzo lubię obserwować ludzi, potrafimy ciągle się zaskakiwać, czasami pozytywnie czasami negatywnie. Dziś w przychodni jedna z pań rejestrując do lekarza swoje dziecko, może ze 4 może 6 miesięcy ono miało zapytała jak wygląda kolejka, w odpowiedzi została poinformowana iż jako jest z tak małym dzieckiem wchodzi pierwsza jak tylko lekarz zacznie przyjmować. Zaraz zaczęło się szemranie i głupie obgadywanie nic nie winnej kobiety z dzieckiem. Zostało ono wywołane poprzez "dorosłą" kobietę, (ciężko jest nazwać kogoś dorosłym, gdy zachowuje się jak rozpieszczone dziecko) miała ona około 60 lat, i nie mogła przecierpieć tego iż przyszła pół godziny przed swym lekarzem, wyprzedziła pozostałych pacjentów do tegoż lekarza a tu nagle okazuję się iż poczeka z jakieś 6 minut dłużej, gdyż nie będzie przyjęta jako pierwsza. Druga sytuacja w tym samym pomieszczeniu - przychodnia. Wiadomo, iż do lekarza chodzą ludzie chorzy i ludzie zdrowi na tak zwane kontrole. Gdzie jak gdzie, ale w takich miejscach nie powinno się brać pod uwagę ani płci ani wieku lecz stan zdrowia. Tak więc sytuacja wyglądała tak, młoda dziewczyna, ledwo co mogąca złapać oddech, blada, z okropnym kaszlem, ogólnie wyglądało to bardzo nie dobrze, widać było, że się biedna bardzo męczy. Siedziała sobie spokojnie, czekając na swoją kolej a przed nią było jakieś 8 osób, gdy tu nagle pełna energii pani koło pięćdziesiątki staje za oparciem jej krzesła i daje uparcie do zrozumienia, że ona musi sobie usiąść właśnie na tym krześle, nie zwracała w ogóle uwagi na stan zdrowia tej młodej dziewczyny. Prawda, iż irytujące? I co gorsze nie było żadnej reakcji ze strony obserwatorów ( czyli także z mojej strony). Czemu? Może poprzez egoizm, my obserwatorzy dla spokoju,  z powodu braku chęci wykrzesania z siebie trochę słów w obronie drugiego człowieka. Tamte pani, i ta z pierwszego i ta z drugiego przykładu, także wykazały się egoizmem. O ile piękniej by było gdybyśmy odstawili siebie a przyjęli pokorę i skromność...

niedziela, 26 lutego 2012

Nasza obecność

Noi mamy niedziele, a mnie aż coś wykręca na maksa. Od poniedziałku towarzyszyła mi gorączka która opuściła mnie dopiero w czwartek tym samym uniemożliwiając mi uczestniczenie we mszy w środę popielcową. Dziś inne objawy niedobrego choróbska nie pozwalają mi na pójście do kościoła. Nawet nie myślałam, że można tak bardzo tęsknić za mszą, za obrzędami wstępnymi, za liturgią słowa, za obrzędami zakończenia a najbardziej za liturgią eucharystyczną. I ten niesamowity czas po mszy, gdy kościół już pusty, a jednak nie jestem sama. W tedy nie istnieje coś takiego jak "czas", po prostu jesteśmy. Nie dawno stojąc w prezbiterium w celu pomocy zmiany obrusu na ołtarzu znów poczułam brak istnienia czasu, jak by się wszystko zatrzymało, a raczej jak by nic więcej nie było tylko ja i Bóg. Wpatrywałam się w tedy w tabernakulum, ale nie widziałam małej zamykającej się na klucz szafeczki, w sumie to tak jak by nawet wzrok nie istniał. Czułam tylko dziwny ale bardzo miły spokój, nie było w tedy nic więcej. A ja myślałam, że spokój to jest w tedy gdy porobię moje obowiązki, spocznę i posłucham muzyki, a to jednak nic w porównaniu do tego co w tedy tam czułam. I tak trwałam w tym spokoju, do momentu aż odebrano z moich rąk obrus. Te same uczucie towarzyszyło mi w Lisińcu, o wieczornej porze, w kaplicy gdzie księżyc śmiało rzucał swój blask na tabernakulum, pierw pytanie o Jego istnienie nie oczekując odpowiedzi, potem łzy i ten spokój który równie dobrze można by nazwać wolnością. Nie potrzebne są cuda, potrzebna jest obecność, nie ta potwierdzona spełnieniem jakieś prośby ale ta bliska, niosąca ze sobą spokój. A czy my jesteśmy obecni, tak prawdziwie obecni przy Bogu? Czy raczej nasza obecność polega na byciu ciała w danym miejscu przez określony czas? A czy może wymagamy obecności tylko od Boga od siebie nic nie dając?