Jak to się ma do mnie?
Kiedyś, gdy jeszcze chodziłam do gimnazjum, zbieg okoliczności ( Boże jakie Ty masz przeróżne imiona) sprawił, że trafiłam na Oaze (wspólnota Ruch Światło-Życie).
To nie było pierwsze zetkniecie z żywym Bogiem. Co mam na myśli pisząc żywy Bóg?
Rodzice mnie ochrzcili, wysłali do Komunii św. czy też bierzmowanie, przepytywali z formułek modlitewnych które trzeba było "zdać" przed pierwszą Komunią św. i podobne. W szkole? Na pamięć wykuj tajemnice różańca, stacje drogi krzyżowej i zaśpiewaj kolędę na ocenę... To moim zdaniem jest taki suchy Bóg, taki bez własnego żywego wkładu, prawdziwej relacji.
To tak jak by Ci mówiono o górze mount everest, że jest to najwyższy szczyt Ziemi 8848 m n.p.m.ośmiotysięcznik położony w Himalajach Wysokich (Centralnych), na granicy Nepalu i Chińskiej Republiki Ludowej (Tybetu). I wielu śmiałków straciło tam życie.
Suche, to po prostu suche.
Znałam te formułki modlitewne, tajemnice różańca czy też stacje krzyżowe ale cóż mi z tego?
Na szczęście (co dopiero zrozumiałam nie dawno) Bóg zasiał we mnie ziarenko, które krzyczało chce więcej, Mi jako dziecku nie wystarczyły suche dane chciałam więcej, po co, czemu, dla czego? Chciałam wejść na tą wielką śnieżną górę a nie tylko znać jej wysokość. Myślę, że to właśnie jest ten żywy Bóg, chęć relacji z nim, nie tylko sucha wiedza o Nim.
Moja ciekawość tego i chęć chcenia więcej nie była rozumiana ani w rodzinie ani wśród rówieśników z czasem poszło w nie pamięć "Mount Everest".
Właśnie gdy przypadkiem na trafiłam na Oaze, coś zaczęło kruszyć moją skorupę w której siedziało to "chce więcej, chce więcej Boga". Raczej żaden himalaista na początek swojej amatorskiej drogi nie wybiera największej góry, próbuje swych sił na tych małych, ucząc się na błędach, wyciągając nauki i ciesząc się każdym zdobytym szczytem.
Tak samo i ja, budowałam swoją relacje z Bogiem wspomagając się świętymi i Maryją często ich prosiłam o wsparcie, wstawiennictwo i siłę. Ulubiony święty? Święty Józef, zawsze go podziwiałam, za wytrwałość, za to jak potrafił być, trwać w pokorze gdzieś z boku a przecież odegrał ważną role, prosiłam go by nauczył mnie tej pokory.
Najbardziej prosiłam a wręcz błagałam o wiarę co może wydać się śmieszne, modliłam się do świętych i do Ojca, starałam się przybliżyć znajomych do Boga, a ja sama modliłam się o wiarę.
I myślę, że dalej jej nie mam, kocham Boga, znam Pismo Święte, nie zniechęcają mnie szydercze uwagi w stronę religii, lecz nie ma właśnie tej kluczowej wiary która ze pchnęła by to moje JA z tronu (oh święty Józefie jakże Twoja pokora jest ważna). Czemu tak bardzo błagałam i błagam o wiarę? Bo to tak jak wybranie się na wspomnianą już górę bez tlenu, aż na myśl przychodzi przypowieść o pannach roztropnych i nierozsądnych.
Znalazłam się w takim punkcie, gdzie już nie odczuwałam, tej takiej radosnej iskierki,tej miłości Bożej, czułam się zapomniana i nie chciana przez Boga. A mimo to tak bardzo za tym tęskniłam i pragnęłam, szukałam. Moja poranna i wieczorna modlitwa oraz msza św. to było za mało. Normalnością była w ciągu dnia od tak po prostu ulubiona modlitwa "Koronka do miłosierdzia Bożego" oraz bardzo częste akty strzeliste, można by rzec, że to było nie kontrolowane, nie planowane. Po prostu często zwracałam się do Boga, nawet gdy z kimś rozmawiałam, wykonywałam jakąś czynność czy cokolwiek, nie tylko w wolnej chwili.
Czemu to tak zaznaczam? Bo moja tęsknota za Bogiem osiągnęła taki poziom, że modliłam się wręcz prosiłam by był, by mnie kochał i wydawało mi się to takie bez odzewu, monolog nie chcianego człowieka, Był żal, gniew, jak to Ty Boże taki doskonały kochasz ludzi,szukasz zagubionych a ja tu jestem i proszę Cie o chwile uwagi a Ty mnie całkiem olewasz.
Męczyło mnie to i to bardzo, te modlitwy, ciągłe myśli o Bogu i podobne. Zastanawiałam się czemu inni mają takie rzeczy w... czterech literach, żyją, bawią się, sięgają po dobra doczesne nie martwiąc się niczym.
I o to po pewnym czasie dostałam to, co? A właśnie ten kawałek łatwego życia, "bez Boga". Jeśli Bóg mnie nie che nie będę się pchać. Z szacunku nie wyrzuciłam lecz oddałam księdzu Pismo Święte, kkk, różańce (jeden wyjątkowy zostawiłam). Czasami jeszcze akty strzeliste pojawiały się ale już o wiele rzadziej. Cieszenie się doczesnym życiem, może nie trwało długo jakieś 3 może 4 lata ale jak dla mnie to o wiele za długo. Sumienie gdzieś zgasło, ulegałam pokusą co gorsze całkiem świadomie.
Co się jednak stało, że jestem tu gdzie jestem i pisze to co piszę? Pustka, cholernie wielka pustka.
Co się jednak stało, że jestem tu gdzie jestem i pisze to co piszę? Pustka, cholernie wielka pustka.
Dostałam właśnie tą lekcje o której była mowa na samym początku, lekcja która ma nas umacniać "Moc bowiem w słabości się doskonali"(2 Kor 12,7 ).
Pismo święte świetnie oddaje moją sytuację w Ewangelii św. Mateusza :
"Gdy wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie.
Nagle zerwała się gwałtowna burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał.
Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: Panie, ratuj, giniemy!
A On im rzekł: Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary? Potem wstał, rozkazał wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza."
Bóg ciągle był i jest przy mnie.
Stoję teraz przed "Mount Everest" i boje się wejść, nie mam nic prócz lekcji.
Wiem, że będzie ciężko, ciężko pogodzić się ze świętymi i Maryją do których tak często się kiedyś uciekałam a odwróciłam się od nich. Chce dalej prosić św. Józefa o pokorę i oczywiście o wiarę która pomoże mi w tej życiowej wspinaczce, która pozwoli wyjść mi na prostą.
A i tak na koniec, życie z żywym Bogiem to nie tylko szczęście, radość i podobne, to też ciężka i wymagająca droga.
Nie wiem czy dam rade, proszę Cie o modlitwę.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz