niedziela, 26 lutego 2012

Nasza obecność

Noi mamy niedziele, a mnie aż coś wykręca na maksa. Od poniedziałku towarzyszyła mi gorączka która opuściła mnie dopiero w czwartek tym samym uniemożliwiając mi uczestniczenie we mszy w środę popielcową. Dziś inne objawy niedobrego choróbska nie pozwalają mi na pójście do kościoła. Nawet nie myślałam, że można tak bardzo tęsknić za mszą, za obrzędami wstępnymi, za liturgią słowa, za obrzędami zakończenia a najbardziej za liturgią eucharystyczną. I ten niesamowity czas po mszy, gdy kościół już pusty, a jednak nie jestem sama. W tedy nie istnieje coś takiego jak "czas", po prostu jesteśmy. Nie dawno stojąc w prezbiterium w celu pomocy zmiany obrusu na ołtarzu znów poczułam brak istnienia czasu, jak by się wszystko zatrzymało, a raczej jak by nic więcej nie było tylko ja i Bóg. Wpatrywałam się w tedy w tabernakulum, ale nie widziałam małej zamykającej się na klucz szafeczki, w sumie to tak jak by nawet wzrok nie istniał. Czułam tylko dziwny ale bardzo miły spokój, nie było w tedy nic więcej. A ja myślałam, że spokój to jest w tedy gdy porobię moje obowiązki, spocznę i posłucham muzyki, a to jednak nic w porównaniu do tego co w tedy tam czułam. I tak trwałam w tym spokoju, do momentu aż odebrano z moich rąk obrus. Te same uczucie towarzyszyło mi w Lisińcu, o wieczornej porze, w kaplicy gdzie księżyc śmiało rzucał swój blask na tabernakulum, pierw pytanie o Jego istnienie nie oczekując odpowiedzi, potem łzy i ten spokój który równie dobrze można by nazwać wolnością. Nie potrzebne są cuda, potrzebna jest obecność, nie ta potwierdzona spełnieniem jakieś prośby ale ta bliska, niosąca ze sobą spokój. A czy my jesteśmy obecni, tak prawdziwie obecni przy Bogu? Czy raczej nasza obecność polega na byciu ciała w danym miejscu przez określony czas? A czy może wymagamy obecności tylko od Boga od siebie nic nie dając?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz